Blog

Odejście od stołu

Stare negocjacyjne prawidło mówi, że aby cokolwiek w negocjacjach ugrać, należy być gotowym na odejście od stołu. Nic w tym zresztą dziwnego czy kontrowersyjnego. Jeśli musimy coś mieć i jesteśmy za to gotowi zapłacić każdą cenę, to i nasz ”sprzedawca” może podyktować nam właściwie każdą cenę.

To prawidło stosuje się też do większości relacji, jakie zawieramy w życiu. Rozpoczęcie negocjowania własnej podwyżki od stwierdzenia, że na pewno nie opuścimy firmy naszego pracodawcy, mówiąc delikatnie, nie daje nam wielkich szans na powodzenie. Ale dotyczy to nie tylko sytuacji, w których w grę wchodzą jakieś pieniądze. Zrywamy znajomości czy przyjaźnie, kiedy druga strona zbyt mocno nadużyje naszego zaufania albo kiedy relacja staje się dla nas toksyczna. Opuszczamy grupki znajomych z często dużo błahszych powodów – innych priorytetów, poświęcenia wolnego czasu na coś innego czy utraty zainteresowania spotkaniami. W skrajnych wypadkach jesteśmy w stanie przecież nawet wziąć rozwód czy opuścić naszego dotychczasowego partnera i to nawet jeśli ilość wspólnie zaciągniętych zobowiązań jest dość pokaźna.

Często do naprawy relacji wystarczy jednak sama możliwość jej zerwania. W przykładzie z negocjowaniem podwyżki pracownik powinien być gotowy na odejście z firmy, ale w gruncie rzeczy w podobnej sytuacji zazwyczaj obie strony będą chciały się dogadać. Pracodawca chciałby, aby ten człowiek dalej dla niego pracował, a pracownik chciałby pracować dalej – muszą tylko wynegocjować szczegóły. Sytuacja zmieniłaby się diametralnie, gdyby pracownik nie mógł pracować gdzieś indziej albo gdyby pracodawca w gruncie rzeczy nie potrzebował tego pracownika.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż, jedna z najważniejszych relacji, jakie zawieramy w życiu, czyli relacja rodzic-dziecko, zazwyczaj tak nie działa. Dziecko nie jest gotowe, aby wynieść się od rodzica, a większość rodziców nie dopuszcza możliwości oddania dziecka krewnym, czy wysłania go do domu dziecka. Rodzic i dziecko są na siebie, przynajmniej zazwyczaj, skazani.

Jest to o tyle paradoksalne, że w pozostaych aspektach rodzic, jeśli tego sobie zażyczy, może mieć nad dzieckiem niemal nieograniczoną władzę. Ma to pewne dość dziwne konsekwencje. Otóż, jeśli dziecko nie może uzyskać od rodzica tego, czego chce, to teoretycznie, całkiem sensowną strategią jest… zatruwanie rodzicowi życia. Rodzic może eskalować konflikt albo się ugiąć, ale ponieważ on zazwyczaj nie może eskalować go w nieskończoność, a dziecko jak najbardziej, to w pewnym momencie rodzic ugiąć się będzie musiał.

W relacji rodzic-dziecko unika się tej strategii, budując z dzieckiem dobrą relację. Dzięki temu, dziecko będzie na dłuższą metę czuć się źle, intencjonalnie wyrządzając rodzicowi krzywdę i strategia ta przestanie być dla dziecka opłacalna.

W świecie poza relacją rodzic-dziecko też możemy czasami zaobserwować podobne sytuacje. Zdarza się to np. w sporcie. Jeśli klub podpisze z piłkarzem zbyt wysoki kontrakt, może po pewnym czasie chcieć go renegocjować. Jeśli piłkarz odmówi, to klub może np. przesunąć go do zespołu rezerw albo zlecić mu aburdalne i upokarzające treningi. Piłkarz może „odwdzięczać” się beznadziejną grą albo obsmarowywaniem klubu w mediach. To nakręca jednak spiralę konfliktu. Obie strony liczą na to, że druga strona się złamie, ale jeśli to nie nastąpi, to jakiekolwiek poprawne relacje w przyszłości stają się niemal niemożliwe.

Ogólna zasada postępowania jest jednak prosta – tam, gdzie taka sytuacja może się pojawić, staramy się tak skonstruować warunki, aby działanie na szkodę drugiej strony nie mogło się opłacać. Kluby piłkarskie tak konstruują kontrakty, aby większość pieniędzy piłkarz dostawał za dobrą grę, a nie za samo istnienie; rodzic stara się nawiązać z dzieckiem więź i wsłuchiwać w jego głos, aby wspomniana sytuacja nigdy nie miała miejsca; itd.

Jednak z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu w naszym systemie edukacji stwarzamy idealne pole do rozwoju takiej strategii. Wystarczy bowiem, że dziecko stwierdzi, iż nie interesuje go zdawanie z klasy do klasy, nie boi się „zesłania” do poprawczaka i chce tylko doczekać „wolności”, czyli osiemnastych urodzin, aby kontestowanie systemu i zatruwanie życia wszystkim tego systemu przedstawicielom (z nauczycielami na czele) stało się sensem jego życia.

Kolejnym rozwiązaniem, którego trzymamy się wręcz obsesyjnie, a które taką strategię promuje, jest wymóg obecności, który luzuje się dopiero na studiach wyższych, a i tam nie zawsze i nie wszędzie. Jeżeli nałożymy wymóg obecności na zajęciach na kogoś, kto zinternalizował strategię kontestowania systemu, to możemy otwierać szampana – stworzyliśmy sobie właśnie potwora. Taki młody człowiek prawdopodobnie nic nigdy z takich zajęć nie wyniesie, a jest w stanie skutecznie utrudnić uczestnictwo w nich nawet kilkudziesięciu osobom. I ta sytuacja może ciągnąć się niemal w nieskończoność, bo dziecko czy nastolatek nie ma w takim układzie nic do stracenia.

Dzieci będące w edukacji domowej działają trochę jak wspomniani studenci – muszą zaliczyć egzaminy, natomiast to, w jaki sposób będą się do nich przygotowywać, pozostawia dużo swobody. W takiej sytuacji, można kwestię uczestnictwa w zajęciach odwrócić. Jeśli dziecko nie musi uczestniczyć w zajęciach, czasami musi spełnić jakieś warunki, aby wziąć w nich udział, ba, może zostać z nich wyproszone, jeśli uniemożliwia innym uczestnictwo w nich, to zajęcia zmieniają formułę i stają się nie obowiązkiem, a przywilejem.

A prowadzący te zajęcia siada do stołu, ale w tym wypadku jest gotowy od niego odejść. Daje to nadzieję, że obie strony będą mieć dobry powód, aby się dogadać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *