Blog

Pułapka szpinaku

Gdy byłem dzieckiem, miałem pewną strategię radzenia sobie z rodzinnymi obiadami, które należało zjeść w całości, aby „nie zrobić cioci/babci/kuzynowi przykrości”. Polegała ona na tym, że najpierw jadłem to, czego najbardziej nie lubiłem, aby szybko zabić w ustach smak tego czegoś bardziej pożądanym przeze mnie składnikiem obiadu. Okazało się jednak, że czegoś nie przewidziałem. Za każdym razem, gdy w pośpiechu zjadałem ten, dajmy na to, szpinak, dopadała do mnie wspomniana ciocia/babcia, mówiąc: „Ojej, jak ci smakuje szpinaczek! Na pewno chcesz dokładkę” i pomimo moich uprzejmych, acz zalatujących desperacją protestów, nakładała mi kolejną porcję tego cholernego szpinaku.

Jakiś czas temu nasz znajomy podjął nową pracę i z entuzjazmem zabrał się do roboty. Po jakimś czasie przyszła do niego starsza stażem pracownica i delikatnie zasugerowała, że po tygodniu wyrobił miesięczną normę i że powinien… pracować gorzej, gdyż w przeciwnym wypadku przełożeni zorientują się, że normy są zbyt niskie i je podniosą.

W obu powyższych sytuacjach problemem było ujawnienie tego, że jest się w stanie jakąś rzecz zrobić – zjeść szpinak bez gadania czy pracować wydajniej. Gdyby bohaterowie powyższych sytuacji nie ujawnili, że coś jest dla nich proste, byłoby dla nich lepiej. Zaraz… co takiego? Czy naprawdę pokazanie tego, że się coś potrafi, może być problemem?

Często, zwłaszcza w luźnych przyjacielskich relacjach, staramy się dobierać nasze oczekiwania do możliwości i potrzeb drugiej strony. Jeśli zatrudniamy pracownika, to raczej mało nas będzie obchodzić, że lubi on spać do 12:00, chyba że będzie się przez to spóźniał do pracy. Jeśli jednak spotykamy się z przyjacielem, który zazwyczaj długo śpi, to umówimy takie spotkanie na późniejszą godzinę. Prowadzi to jednak do ciekawego paradoksu.

Jeżeli bowiem nasz przyjaciel określi swoje możliwości w taki sposób, że może nam poświęcić tylko dwie konkretne godziny w dwa konkretne dni w miesiącu, a my będziemy naginać do granic możliwości nasz kalendarz, aby móc się z nim w tych terminach spotkać, to możemy się poczuć trochę wykorzystywani. Nikt nie wie od nas lepiej, jakie są nasze faktyczne możliwości, ale niestety w wielu życiowych sytuacjach może się na swój sposób opłacać pokazanie otoczeniu, że nasze możliwości są naprawdę niskie.

Czy ktoś z Was dzielił kiedyś między domowników obowiązki w taki sposób, że każdy musiał poświęcić na nie identyczną ilość czasu (w rodzaju – w soboty każdy przez dwie godziny sprząta)? Czy raczej przydzielaliście konkretne obowiązki konkretnym osobom? Dlaczego to drugie rozwiązanie jest bardziej efektywne? Otóż, w tym pierwszym przypadku opłacalne jest przedłużanie wykonywanych czynności tak, aby narobić się jak najmniej. W tym drugim przypadku najbardziej opłaca się zrobić swoje jak najszybciej, żeby mieć to z głowy.

Podobnie w naszej szkole staramy się raczej przydzielać zadania, a nie określać ile czasu powinno się na ich wykonywanie poświęcać. Dzięki temu po prostu opłaca się coś zrobić sprawnie. Pozostaje jednak kwestia tego, jakie to mają być zadania.

Bardzo łatwo bowiem wpaść w pułapkę z przykładu ze szpinakiem („pułapka szpinaku”, chyba to opatentuję). Bowiem to, że ktoś coś robi i wychodzi mu to dobrze, nie oznacza jeszcze, że lubi i chce to robić. Możemy dobrze sprzątać albo windykować długi, co nie jest równoznaczne z tym, że w wolnych chwilach marzymy o robieniu jednej z tych rzeczy. W tę pułapkę często wpadają tzw. „zdolne dzieci”, które zderzają się z tym, że im lepiej sobie radzą i im lepiej coś robią, tym bardziej rosną oczekiwania wobec nich. Nie chcemy, aby zmarnowały swój potencjał, chcemy, aby rozwinęły się do granic swoich możliwości.

Problem polega na tym, że większość ludzi, jeśli poświęci na coś dużo czasu, jest w stanie nauczyć się robić to dobrze lub bardzo dobrze. Nasze dziecko w pewnym momencie, jeśli zobaczy przed sobą tę ścianę oczekiwań, może albo próbować im sprostać, pracując coraz więcej i więcej nad rzeczami, w których niekoniecznie widzi sens i które niekoniecznie lubi robić albo… może ukrywać swoje kompetencje.

Paradoksalnie w bazowej konstrukcji zawartej w systemowej szkole jest to wymyślone nienajgorzej. Jedyna ocena, z którą wiążą się jakieś realne praktyczne konsekwencje, to ocena niedostateczna. Pozostałe oceny mają znaczenie raczej prestiżowe, chyba że otoczenie ucznia nada tym ocenom inne znaczenie, opakowując je jakimiś karami czy nagrodami. Ale sama logika systemu mówi nam – „masz umieć to minimum, reszta to twoja sprawa”. I, o dziwo, jest to rozwiązanie o kilku istotnych zaletach.

Przede wszystkim pozwala ono dziecku uwolnić swój potencjał, jeśli tego sobie życzy, nie martwiąc się o to, że pokazanie światu swoich możliwości nałoży na nie dodatkowe obowiązki. Z drugiej jednak strony nie pozwala ono robić dziecku zupełnie nic, nie pozwala zaniżyć oczekiwań wobec niego do takiego poziomu, że nie musi ono robić właściwie czegokolwiek.

Ustalenie konkretnego minimum, ale niewindowanie oczekiwań ze względu na poczynione postępy, wydaje nam się optymalną strategią. Nakłada to, oczywiście, pewną sztywność, ale z drugiej strony nie budzi pokusy aby manipulować tym, co otoczenie myśli o naszych kompetencjach i nie nakłada kary w postaci dodatkowych oczekiwań za osiągnięte sukcesy. W końcu mało kto miałby ochotę na cztery kolejne dokładki szpinaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *